Blogowy Peleton Pro-Cycling.org

blogi redaktorów i współpracowników pro-cycling.org

Łańcuch Andy'ego

autor: Dobrosław Barwicki-Picheta, 28.07.2010

Kolarstwo to wyjątkowy sport polegający na umiejętności współżycia i współdziałania ze sobą przez wiele godzin dzień w dzień całej gromady ludzi mających odmienne interesy. Jest to współżycie i współdziałanie często balansujące na krawędzi zdrowia, bo właściwie w każdej chwili zagrożone wywołaniem groźnej kraksy, masowego upadku kończącego się często poważnymi kontuzjami wielu uczestników. Stąd zasady peletonowego pożycia są dość twarde – nie toleruje się zawodników nie zwracających uwagi na bezpieczeństwo innych. Ale kolarze dzięki temu szanują się właściwie tak, jak żadni inni sportowcy, bo choć walczą do upadłego, do ostatka sił, to jednak z poszanowaniem swoich rywali, z troską o ich bezpieczeństwo i zdrowie nie mniejszą niż o swoje. Stąd biorą się też niepisane zasady szanowania rywali, którzy popadli w chwilowe tarapaty, co zwłaszcza dotyczy poszanowania koszulki lidera.
Ale to jest także sport i rzeczą umiejętności sportowych jest jak najszybsze opanowanie chwilowych trudności: zebranie się po kraksie, wyczekanie ze zmianą sprzętu do jak najkorzystniejszego momentu, posiadanie tzw. zimnej głowy w naprawianiu drobnych usterek. To także należy do kolarskiego rzemiosła, bo przecież nie w każdej chwili i sytuacji powinno się czekać na rywala, który ma problemy ze sprzętem. To jest mimo wszystko sport, rywalizacja, więc notoryczne oczekiwanie na rywali, którzy mają problemy ze sprzętem czy uczestniczą w kraksach – a są to przecież nieodłączne elementy tego sportu! – byłoby dość groteskowe. W końcu im bliżej do mety, tym sytuacja bardziej napięta, tym rywalizacja bardziej ostra, a kraksy i defekty były zawsze i zawsze będą miały miejsce. Trudno zatem wymagać, by w sytuacji, w której zawodnicy wzajemnie się atakują, a przy tym znajdują się na krawędzi swych możliwości fizycznych, rozglądali się uważnie i doszukiwali powodów, dla których jeden z rywali odstał. Zresztą takie dość fałszywe czarowanie się rywali tak naprawdę psuje rywalizacje. Powtórzę – defekt czy kraksa są właściwościami tego sportu, nie da się ich uniknąć i nie można się oglądać za każdym, choćby nawet liderem, który w momencie narzucania największego tempa w kluczowych momentach etapu popełnia błąd.
Albo też ma zwyczajnie pecha. Zresztą odnoszę się tu do elektryzujących ostatnio sytuacji, jakie miały miejsce na Tour de France. Sporo osób poczuło się oburzonych zachowaniem Contadora, który „nie poczekał” na Andy'ego Schlecka. Prawdę mówiąc, może i powinien był poczekać, też się trochę zdziwiłem, ale z drugiej strony – Tour de France to nie tylko Andy Schleck, a gdy już zobaczyłem, co było powodem postoju Luksemburczyka, to doszedłem do wniosku, że Andy sam jest sobie winien. Powinien był jeszcze podczas jazdy założyć łańcuch – w końcu tak się robi, wystarczy parę razy „kliknąć manetką” i już po sprawie. Jednak łatwo się mówi, gdy się sytuację ogląda z boku – w stresie i napięciu związanym z walką na całego nawet tak proste sprawy stają się niezwykle skomplikowane i założenie łańcucha zajmuje pół minuty. Tym niemniej – był to wielki błąd Andy Schlecka, w końcu to drobnostka zadecydowała o tym, że przegrał Tour de France. Nie defekt, bo przecież łańcuch się nie zerwał ani nigdzie nie zakleszczył – a kto jeździ na rowerze, to wie, że i tak może się z łańcuchem stać – wtedy problem staje się znacznie poważniejszy. Coby się więc stało, gdyby Andy nie mógł wyszarpać łańcucha spomiędzy ramy i tarcz? Straciłby niechybnie kilka minut – czy wtedy rywale również powinni czekać? To byłoby oszukiwanie kibiców, bo sport to rywalizacja, a nie spotkanie towarzyskie.
Zresztą coś niebezpiecznego jest w tych czasach, że do miana legendy urasta historia o potwornym nieszczęściu, jakim jest łańcuch, który spadł. Ja tam wolę inną legendę: Eugene'a Christophe'a, który złamał widelec w swym rowerze podczas Touru w 1913 roku i to go kosztowało zwycięstwo w całym wyścigu, gdyż musiał ładnych parę kilometrów przespacerować, by w końcu znaleźć kowala, który mógłby widelec naprawić. Cóż, jeśli teraz legendarny staje się Andy „spadł mi łańcuch” Schleck, to obraz czasów zdaje się być smutny.
Ale wróćmy jeszcze do innych sytuacji Tourowych. Mnie najbardziej rozwścieczył 2. etap Touru, ten do Spa, gdzie na śliskim zjeździe położyła się prawie połowa peletonu. Wydawało się początkowo, że będzie to jeden z najbardziej pasjonujących etapów, gdy gdzieś z tyłu zaczęli się plątać bracia Schleckowie, tracąc do czołówki w pewnym momencie ponad 2 minuty. A ukształtowanie trasy i sytuacja na niej nie dawała żadnych szans na dołączenie do niej i to, że bracia „pozostali w grze” – choć z zebraniem się do walki wcale się nie spieszyli – zawdzięczają tylko charyzmie ich partnera z zespołu, ówczesnego lidera wyścigu, Fabiana Cancellary. Niektórzy twierdzą, że zachował się on niezwykle wspaniałomyślnie, oddając swój trykot lidera bez walki, jednak oczywistym jest, że zrobił to tylko dlatego, że taki był interes jego ekipy. Owszem, miało to co nieco z fair play wspólnego, gdyż sytuacja była mocno paskudna i bardzo wielu zawodników zostało w kraksy uwikłanych, tym niemniej nie potrafię zrozumieć, dlaczego po dołączeniu do czołówki najważniejszych kolarzy zrezygnowano z rywalizacji... może to i było fair, ale na pewno już nie play.
Zresztą następnego dnia owo „fair-play” przestało obowiązywać, ponieważ tym razem Andy Schleck już był na kole Fabiana Cancellary. Tak, na etapie do Arenbergu Andy Schleck zachował się analogicznie do Contadora na 15. etapie. Nie zaczekał na rywala, którego zatrzymała kraksa – a o tym zdają się zapominać niektórzy dość fanatycznie podchodzący do kolarstwa kibice, a zdarzenie – moim zdaniem – miało identyczną kwalifikację. Ale ja z kolei nie mam o to do nikogo pretensji, bo ten, czyli trzeci etap był najciekawszym etapem Touru. Była wspaniała walka, rywalizacja sportowa i uczciwa, było to, co w sporcie najważniejsze: dramaty, zawiązywanie paktów, upadki, pogonie i wszystko to na pełnym gazie i bez żadnych medialnych sztuczek pod publiczkę. Wtedy to zwyciężył sport, wcale nie brudny, ale po prostu sport w swojej istocie, którego motorem jest rywalizacja, a nie medialne czarowanie się i poszukiwanie najlepszej gęby, jaką można sobie przed mediami przykleić. I to mnie w kolarstwie fascynuje, wspaniała rywalizacja, a nie przybieranie sztucznych póz, które rywalizację niszczą.

komentarze (1)

Dzienniczek Treningowy

autor: Mateusz Lewandowski, 22.05.2010

Po długim czasie od ostatniego wpisu, czas by poinformować, że człowiek jeszcze żyje ;) a co jest lepszym sposobem na poinformowanie o sobie niż wydanie nowej wersji Dzienniczka...
Tak więc ogłaszam, że dziś światło dzienne (nocne?) ujrzała nowa wersja Dzienniczka Treningowego, oznaczona numerem 0.3, jak widać nie należy spodziewać się wielkich zmian w porównaniu do poprzedniej wersji (0.2) ale sam fakt, że coś się tutaj ruszyło (bagatela po 1.5 roku!) powinien napawać optymizmem ;)

Zmiany w porównaniu do poprzedniej wersji są kosmetyczne, ale powinny ułatwić współpracę z programem, po pierwsze poprawiony został błąd z zapisem opisu treningu.

Kolejna zmiana, to kolorowanie kalendarza, aby łatwiej można było odszukać aktualny dzień.



No i kolejna z istotniejszych zmian to informacja co wprowadziliśmy źle w zapisie treningu (wcześniej była ogólna informacja o błędzie w formularzu, teraz wiemy dokładnie gdzie błąd nastąpił).



Do tego dochodzą inne drobne zmiany, jak np sortowanie roku, aby po uruchomieniu programu wyświetlany był "najmłodszy" rok.

Szczerze mówiąc, wiem, że zmiany te nie są porażające, ale jak pisałem nie chodzi o nie, a o sam fakt reaktywacji projektu, już teraz mogę poinformować, że rozpoczynam prace nad wersją 1.0 która będzie na pewno bogatsza w funkcjonalność i mam nadzieję, że zadowoli każdego ;)
Parę pomysłów mam, jednak jeżeli ktoś chciałby coś wnieść do projektu to proszę o kontakt na adres dt@pro-cycling.org z informacjami, jakich funkcjonalności oczekujesz po nowej wersji.
Wydanie nowej wersji planowane jest na lipiec, jednak raczej po TdF, a nie przed.

Program można pobrać stąd => Dzienniczek Treningowy ver 0.3

Informacje o poprzedniej wersji

komentarze (1)

Magia klasyków północy

autor: Dobrosław Barwicki-Picheta, 17.03.2010

Solą kolarstwa jest bezustanna walka, ciągłe zmiany konfiguracji na trasie. Powstające co i rusz nowe układy sił i interesów poszczególnych ekip, które to jednych zmuszają do wzięcia ciężaru prowadzenia wyścigu na swoje barki, a innym umożliwiają spokojne wyczekiwanie na dalszy rozwój wydarzeń. Tak się składa, że wyścigami, w których najczęściej i w najczystszej postaci mamy do czynienia z takim stanem rzeczy, są tzw. klasyki północy. Właśnie podczas wyścigów prowadzonych drogami Belgii, Holandii i północnej Francji zwykle nie brakuje emocji. Głównie dzięki bardzo wymagającej trasie, której największymi trudnościami są wąskie drogi uniemożliwiające peletonowi nabranie pełnej mocy, a także dzięki krótkim, aczkolwiek stromym podjazdom i przede wszystkim brukowanym fragmentom. Jeśli do tego dołożyć niesprzyjającą zwykle wczesną wiosną pogodę, zasiadając przed telewizorem, mamy gwarancję, że będziemy mogli pasjonować się niezwykle ciekawym widowiskiem. Bo nigdy nie wiadomo, czy akcja rozpoczęta 100 km przed metą nie będzie tą decydującą.
Takie ściganie wymaga od zawodników niezwykłej czujności, ale premiuje również tych odważnych, którzy nie tylko są mocni, ale też nie boją się zaatakować z pełną determinacją na 50 km przed finiszem. Z kolei z kibicowskiej perspektywy niezwykle pasjonujące jest śledzenie, jak kolarze ustawiają się na rantach, jak jedni odpadają od grupy, a inni, którzy przeoczyli odjazd, starają się do czołówki jak najszybciej dostać. A gdy peleton przejeżdża przez dłuższy brukowany odcinek – nie ma to jak ujęcie z lotu ptaka kilkusetmetrowego rządku kolarzy.
Jednak dopiero, a może już, na około 50 km przed celem zaczyna się to, co w klasykach północy najciekawsze. Zaczyna się z jednej strony selekcja naturalna – odpadają z peletonu ci, którzy wykonali swoje zadanie, a także ci, którzy nie mają najlepszego dnia. Zaczynają się też tworzyć ciekawe konfiguracje zawodników znajdujących się przed peletonem. Zwykle są w nich kluczowi pomocnicy liderów, jednak co niektórzy szefowie grup nie obawiają się znaleźć w takim odjeździe, zwłaszcza jeśli tworzy się on na podjeździe czy brukowym odcinku. Wtedy wiadomo, że wśród kompanów odjazdu będą tylko najlepiej dysponowani kolarze. A jeśli najmocniejsze grupy będą odpowiednio reprezentowane w takiej akcji, to można już przypuszczać, że odjazd się powiedzie.
Istotne znaczenie ma też konfiguracja dalszej części trasy. Jeśli w dalszym ciągu będzie naszpikowana podjazdami i brukiem – co jest zwykle normą w tym rejonie świata – to będąc w takim odjeździe, kolarze się już nie zastanawiają, czy peleton ich dojdzie, czy nie – po prostu zwykle nie ma na to szans. Stawka kolarzy jest wyselekcjonowana wymagającymi fragmentami, a jeśli ktoś odjazd przeoczy, to już marne jego szanse – zwykle na tym etapie zmagań nie może liczyć na wsparcie drużyny, potęga peletonu rozbitego na małe pododdziały jest już tylko przeszłością. Pozostaje tu jedynie próba zmontowania oddziału kontratakującego, by nie wypaść z gry, by dogonić tych, którzy są o kilkanaście czy kilkadziesiąt sekund z przodu – a wtedy niejednokrotnie to już prawdziwa przepaść.
A w czołówce zwykle dzieje się coś ciekawego. Współpraca – jeśli siły potencjalnych faworytów są wyrównane – układa się całkiem dobrze. Czasem do czołówki udaje się dociągnąć kolejnym śmiałkom, co zwykle powoduje zburzenie harmonii akcji i kolejne niepokoje. Ale że peleton już nie istnieje, a z tyłu nie ma wystarczająco mocnych i zdeterminowanych kolarzy, by czołówkę dogonić, to można się spodziewać czarowania się uciekinierów. A im bliżej do mety, tym zaklęcia stają się mocniejsze. Kolejny bruk czy podjazd staje się polem do przejawiania się kolarskiej magii. Najmocniejsi starają się pilnować siebie nawzajem – czasem uciekając wespół, czasem pozwalając odjechać tym, którzy z pozoru aż tak mocni nie są. Tym lepiej, jeśli są akurat po ich stronie. Bo to zwalnia ich z konieczności nadawania tempa rywalizacji, dając możliwość przejścia do ewentualnej kontry.
I nieuchronnie zbliżamy się do mety. Z rzadka tylko w większej niż kilkuosobowa grupce. Z rzadka, bo zwykle na mecie triumfator stara pojawić się bez towarzystwa, choć dla wyścigu lepiej, gdy losy zwycięstwa ważą się do samej mety. A już zwłaszcza w klasycznej dwuosobowej rozgrywce. Bo często zdarza się, że w tej psychologicznej niemal potyczce do głosu dochodzi ten, który na trasie był nieco słabszy, jednak w mistrzowski sposób potrafił tak podpuścić przeciwnika, by ten go nie docenił, zostawiając nieco pola do popisu. Czy to atakując za wcześnie, czy za późno. Tak, klasyki północy mają w sobie sporo z magii.

komentarze (0)

copyright © by M.Lewandowski